Czym jest komiks
Czym są komiksy? Czy tylko obrazkową historią czy może kryją w sobie coś bardzo szczególnego? Co mają w sobie takiego że wielu z nas tak bardzo je kochało i na pewno będzie jeszcze długo kochać? Historie ich powstania możemy doszukiwać się w starożytnym Egipcie, w którym to powstały pierwsze „komiksy”.Dotyczyły one historii życia ludzi oraz faraonów i ich bogów. Dalej komiksy zaczęły się rozwijać w średniowieczu. Te jednak były bardziej udoskonalone jak na tamte czasy. Dotyczyły one postaci bohaterskich, których czyny były sławione w postaci rysunków z podpisami. Dotyczyły też życia religijnego i świętych. Dalszy rozwój komiksów związany był z rozwojem prasy XIX w. Do codziennych gazet informujących ludzkość o polityce, życiu codziennym, kataklizmach itp. dołączano krótkie historyjki mające charakter humorystyczny. Owe historie wydawane były w odcinkach. Ze względu na wspomniany, humorystyczny charakter, powstała ich nazwa wzięta z języka angielskiego: comic. Wtedy to zaczęto budować lepszą formę przedstawiania komiksów.
Komiks Przed 1939
Początki komiksu umiejscawia się zwykle pomiędzy 1894 a 1896 rokiem, kiedy to amerykański rysownik R.F.Outcault umieszczał w "New York World" cykl rysunków "Hogan's Alley". Jednym z bohaterów jego historyjek obrazkowych był mały chłopiec odziany w nocną koszulę. W 1896 r., gdy Outcault przeniósł się do "New York Journal", ów malec stał się tytułową postacią cyklu "Yellow Kid". I tak powstał pierwszy komiks. W swoich zbiorach mam zaledwie kilka publikacji sprzed tego czasu. Do najstarszych należą dwie pierwsze książeczki niemieckiego karykaturzysty Wilhelma Buscha "Max und Moritz. Eine Bubengeschichte in sieben Streichen" i "Hans Huckebein, der Unglücksrabe. Das Pusterohr. Das Bad am Samstag Abend". Swoje pierwsze wydania miały odpowiednio w 1865 i 1867 roku.

II połowie XIX w. wydawcy gazet, by
uatrakcyjnić swoje czasopisma chętnie dodawali całostronicowe historyjki
obrazkowe, opatrzone zwykle tekstem objaśniającym pod każdym obrazkiem.
Najstarszym tego typu wydawnictwem, które posiadam, jest pięknie zachowana
amerykańska plansza zatytułowana "The Interesting Adventures of Mr.
Sponger". Wydała ją "Humoristic Publishing Co." w Kansas City,
zapewne na przełomie lat 1880-tych i 1890-tych. Zadrukowany jednostronnie
arkusz formatu 39,5 x 30 cm składa się z 16 barwnych kadrów, opowiadających
straszne przeżycia pana Spongera podczas próby zjedzenia obiadu w restauracji.
W prawym górnym narożniku widnieje numer 55, co wskazuje, że plansza należała
do wcale niemałego cyklu. Bardzo ją sobie cenię; jest najstarszym obiektem w
zbiorze. Niewiele młodszą jest plansza francuska zatytułowana "Le Colonel
Marchand" - pochodzi z 1898 r. Jest nieco większa: 49 x 35,5 cm. Podobnie
jak poprzedniczka, jest zadrukowana jednostronnie, w centrum widnieje portret
głównego bohatera opowieści, a wokół zamieszczono 16 barwnych obrazków
przedstawiających życiorys płk. Marchanda od lat dziecinnych aż po szczyty
kariery wojskowej. Dla porządku dodam, że Jean Baptiste Marchand (1863-1934)
był francuskim oficerem, uczestnikiem licznych ekspedycji wojskowych do Afryki,
w latach I wojny otrzymał szlify generalskie.
Przejdźmy do "prawdziwych" komiksów. W ślad za "Yellow Kidem" w prasie amerykańskiej pojawiły się następne cykle: "Litle Jimmy" J. Swinnertona, "Katzenjammer Kids" R. Dirksa, "Little Sammy Sneeze" W. McCay'a i wreszcie "Little Nemo in Slumberland" tego samego autora. Ten ostatni zaczął ukazywać się w 1905 r. jako całostronicowe plansze w niedzielnych dodatkach "New York Herald". Publikowany był tam z przerwami i pod zmienianymi tytułami aż do 1926r. Jednak, co do tego wszyscy są zgodni - pierwsze lata były najlepszym okresem "Małego Nemo". Cykl miał nowatorski charakter: był pierwszym komiksem, którego akcja rozwijała się z odcinka na odcinek. Wcześniejsze serie stanowiły zbiór krótkich historyjek, a jedynym elementem spajającym je, byli ci sami bohaterowie. Z dumą powiem, że posiadam "Little Nemo in Slumberland" z jego najciekawszego okresu.

Pisałem powyżej o wydawnictwach amerykańskich, francuskich, niemieckich. A co z polskimi komiksami? Nie wspominałem dotychczas o naszych wydawnictwach, jako że komiks w Polsce pojawił się znacznie później. Adam Rusek w książeczce "Od Szalonego Grzesia do Jeża Jerzego" towarzyszącej wystawie pod tym samym tytułem pokazywanej w Bibliotece Narodowej w Warszawie, pisał: "Pierwszy odnaleziony serial" (chodzi o cykliczne historyjki obrazkowe, ukazujące się w prasie polskiej - p.m.) "Ogniem i mieczem, czyli przygody szalonego Grzesia" autorstwa K. Mackiewicza (rysunki) i S. Wasylewskiego (tekst), miał swą premierę 9 lutego 1919 roku na ostatniej stronie tygodnika satyrycznego "Szczutek" - zatem zwyczaj zamieszczania seryjnych humorystycznych historyjek obrazkowych w prasie, dotarł do Polski stosunkowo późno (...)
Skoro mówimy o pierwocinach komiksu w Polsce, znów odwołam się do tekstu A. Ruska: "Dłuższe cykle (komiksowe - p.m.) pojawiły się w polskich gazetach dopiero na przełomie lat 20. i 30. Początek dał "Ilustrowany Kuryer Codzienny", w którym od października 1929 roku począł się ukazywać mniej więcej raz na tydzień "Adamson", niemy komiks szwedzkiego rysownika Oscara Jacobssona, niezwykle popularny wówczas na całym świecie. "Pan Agapit Krupka" (tak ostatecznie nazwano głównego bohatera historyjki bez słów) publikowany był w "Kuryerze" aż do września 1939 roku. Jak większość kolekcjonerów, nie lubię komiksów prasowych.

W Polsce międzywojennej komiks był obecny głównie w czasopismach (będzie o nich niżej). Produkcja zeszytów komiksowych była bardzo skromna. Tym bardziej cieszy mnie fakt posiadania kilku z nich. Każdy z nas, nie tylko miłośnik komiksów, zna Koziołka Matołka. Mało kto jednak wie, że pierwsze narysowane przez M. Walentynowicza obrazki do tekstów K. Makuszyńskiego znacznie odbiegały od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.


Ostatnie dwie "Trzecia księga przygód Koziołka
Matołka" i "Czwarta księga przygód Koziołka Matołka" ukazały się
w roku 1934. Wszystkie zostały wydane przez Gebethnera i Wolffa w Warszawie,
druk pierwszych trzech powierzono Zakładom Graficznym B. Wierzbicki i S-ka,
ostatnia wyszła spod pras Litografii Artystycznej W. Główczewskiego. Każda z
nich jeszcze przed wybuchem wojny miała kilka wydań. Ja mam te pierwsze.
Egzemplarze zachowały się w całkiem dobrym stanie, co nie jest takie częste przy książkach dziecięcych; jedynie księga druga posiada poważny mankament: jest pozbawiona dwóch środkowych kart. Zawsze ze wzruszeniem biorę do rąk te podłużne, kolorowe zeszyty. Mam świadomość, że ten kto pierwszy je przeglądał, nie miał pojęcia kim był Koziołek Matołek. Bo przedtem go po prostu nie było.

Skoro mówimy już o znakomitej spółce autorskiej
Makuszyński - Walentynowicz, trzeba poświęcić nieco miejsca jednej z dwóch
książeczek cyklu "Legendy krakowskie". Jakiś czas temu udało mi się
kupić pierwsze wydanie komiksu "Wanda leży w naszej ziemi..." Ukazał
się w Warszawie w 1938 r. nakładem Gebethnera i Wolffa. Podobnie, jak przypadku
"Koziołka" różni się znacznie do późniejszych wydań. Każdą stronę
wypełniają cztery barwne obrazki i tyleż towarzyszących im czterowierszy.
Rysunki ustawiono w pionie, zatem i format książeczki jest inny, niż przy
następnych edycjach. Okładka komiksu "Wanda leży w naszej
ziemi"
Smutna historia o dumnej Wandzie kończy się obrazkiem klęczącego nad Wisłą dziecięcia i tekstem: "A wy, dzieci, rączki złóżcie i jak te skowronki śpiewne też cichutko się pomódlcie, za Wandeczkę, za królewnę!". Ten obcy ideowo element został usunięty w wydaniach powojennych. Książkę wydrukowano na lichym, grubym papierze. Po siedemdziesięciu latach pożółkł, stał się kruchy i łamliwy. Poprzedni właściciel paskami papieru wzmocnił karty i okładkę w grzbiecie. Narożniki kilku kart ukruszyły się i przepadły. Egzemplarz nie jest piękny, ale nie ma co marzyć o wymianie na lepszy. Książka jest naprawdę rzadka.

Dużą popularnością w latach 30. XX wieku cieszył się u nas przeniesiony z Danii komiks "Pat i Patachon". Przedruki kolejnych odcinków ukazywały się cyklicznie w łódzkim tygodniku humorystycznym "Karuzela". Z czasem rysowanie komiksu przejął W. Drozdowski, który samodzielnie wymyślał dalsze przygody dwóch głównych bohaterów.

Oto co pisał o tym komiksie J. Dunin w "Papierowym bandycie" (Łódź 1974, s. 238): "Do sukcesów 'Patachonów' przyczyniał się niewątpliwie zmysł obserwacyjny autora, który najchętniej jako tło dla ich najbardziej niewiarygodnych przygód dawał znane łódzkie ulice, podwórka z groźnymi wąsatymi dozorcami, najprawdziwszymi policjantami i oprychami z krwi i kości. "Patachony" w wersji Drozdowskiego, to para miłych obiboków, którzy podejmują niezliczone wysiłki, aby osiągnąć odwieczne marzenie(...) - najeść się i napić do syta". Popularność serialu sprawiła, że historyjki pojawiły się również w "Expressie Ilustrowanym" oraz doczekały się osobnych wydań książkowych. Dunin pisze: "Ukazały się co najmniej trzy serie pod tytułem "Pat i Patachon. Wesołe przygody najpopularniejszych bohaterów ekranu". Widać autorowi "Papierowego bandyty" nie udało się dotrzeć do czwartej serii komiksu. Podłużny zeszyt tej części zaopatrzono w kolorową okładkę, a na 31 stronach wydrukowano czarno-biały komiks. Każda strona zawiera 6 kadrów, pod każdym widnieje stosowna "lista dialogowa". Pozostałą część strony wypełniają teksty dowcipów i skeczów, nie zawsze najwyższych lotów. Książeczka wydana została w Łodzi przez Wyd. "Republika" w latach 1930-tych. Nie udało mi się odszukać pierwszych trzech części "Pata i Patachona". Mam tylko część czwartą. Szukam dalej.
Choć, jak pisałem powyżej, niechętnie gromadzę czasopisma z komiksami, to mam ich trochę w swoim zbiorze, z obowiązku. Trudno bowiem o pełną panoramę polskiego komiksu międzywojennego bez czasopism. To tam właśnie ukazywała się większość historyjek obrazkowych. Zacznijmy od najstarszych numerów.

Łódzka "Karuzela" powołana została do życia przez dom wydawniczy "Republika" w początkach 1936 r. Pieczę redakcyjną nad pismem sprawował Jan Grobelniak. Każdy numer składał się z 8 stron, wypełnionych w znacznej części komiksowymi historiami. Wszystkie numery, które posiadam (a mam ich 6 z 1936 r.) rozpoczynają się barwną, całostronicową planszą "Pata i Patachona", natomiast wewnątrz znajdziemy przygody Plumpka, Ferdka i Merdka (to spolszczony tytuł komiksu "Popeye"), Osiołka Wesołka, Buffalo Billa, Jasia w dzikich puszczach Brazylii.


Barwny film z życia młodego Polaka na drugiej półkuli, "Przygody kpt. Stanleya Franka", "Władca podziemi", "Tajemnice mieszkańców Marsa" i inne. Niewątpliwą zasługą wydawnictwa "Republika" było zaprezentowanie polskiemu czytelnikowi komiksu amerykańskiego, dotychczas niemal zupełnie nieznanego w naszym kraju. "Świat Przygód" - jedno z ważniejszych pism komiksowych.. Ukazywało się od 1935 roku w Warszawie pod red. K. Gąsiorowskiego. W swoim zbiorze mam 9 luźnych numerów z 1936 r. i jeden w zwiększonym już formacie, z roku następnego. Tygodnik drukował m.in. rysunkowe opowieści o Charlie Chaplinie, Flipie i Flapie, Kajtku, Tarzanie, Alexie - królu magików i wielu innych. Znaczna część prezentowanych tu komiksów, była przedrukami rysunków zachodnich.

Pojedynczy
zeszyt miesięcznika "Wesoły Świat" z czerwca - lipca 1936 r. Pisemko
ukazywało się w Bydgoszczy, wydawcą i redaktorem był H. Reetz, a
drukowano je w
Żninie, w Zakładach Wydawniczych A. Ksyckiego. Podtytuł precyzował
profil
pisma: "Obrazkowy miesięcznik ciekawych i wesołych przygód". Na
wewnętrznych stronach okładek mamy bardzo kiepsko rysowaną opowieść pt.
"Niezwykłe przygody Murzynka Jumbo i słonia Sambo", numer zawiera
również m.in. komiksy zatytułowane "Przygody trzech muszkieterów",
"Hipolit Gapa lubi dzieci", "Jacek i Wacek", "Hipolit,
mysz i kot", "Drzemka pana Hipolita Gapy", "Hipolit Gapa a
bieg z płotkami" i "Tymek i Sztups". Pozostałą część zawartości
wypełniają opowiadania, ciekawostki ze świata, dowcipy. Miesięcznik,
stojący na
niezbyt wysokim poziomie, nie odegrał wybitnej roli w rozwoju polskiego
komiksu. Żałuję, że posiadam jedynie jeden numer dodatku do "Kurjera
Warszawskiego" zatytułowany "Mój Kurjerek. Pisemko dla dzieci"
(29 XII 1938). Wydawano je, od 1938 r. w nieco mniejszym formacie niż
dotychczas omówione tu czasopisma, jego poziom edytorski nie odbiegał od
przeciętnej (czyli był lichy), natomiast zawierał komiksy polskich
autorów. I
tak, na pierwszej stronie zaprezentowano "Przygody stracha na wróble"
autorstwa K. Makuszyńskiego i M. Walentynowicza, na ostatniej - "O
Morusku
psie prześlicznym, nietutejszym - zagranicznym" rysowany przez Edwina do
tekstu A. Bogusławskiego. Dwie środkowe strony poświęcono przygodom
Disneyowskiego "Kwiczusia mechanika" z cyklu przygód trzech świnek i
złego wilka. Wydawcami gazetki byli F. Mrozowski i K. Olchowicz, a
redaktorami
naczelnymi F. Hoesick i K. Olchowicz. Rozdział poświęcony czasopismom
komiksowym chcę zakończyć krótkim omówieniem legendarnej "Gazetki
Miki". Tygodnik powstał w Warszawie pod koniec 1938 r. i przed wybuchem
wojny zakończył żywot, po prawdopodobnie, 22 numerach. Okładki oraz dwie
wewnętrzne strony drukowano w kolorze. Dziesięć numerów, które posiadam,
kupiłem kilkanaście lat temu marząc, że z czasem dokompletuję resztę. Od
tamtej
pory nie spotkałem ani jednego! (Ostatnio słyszałem o ośmiu sprzedanych
numerach. Mimo usilnych prób nie udało mi się ich odkupić). "Gazetkę"
prócz opowiadań młodzieżowych (m.in. Z. Nowakowski, G. Morcinek, J.
Meissner)
wypełniały niemal w całości komiksy W. Disney'a. Mamy tu Kaczora
Donalda,
Królewnę Śnieżkę, Myszkę Miki, Psa Pluto. Jest również wieloodcinkowy
cykl
"Sierżant King z Królewskiej Konnej", opracowany przez J. Hłaskę wg
powieści Z. Grey'a. Powołano do życia "Klub przyjaciół Myszki Miki".
Na listy młodych czytelników odpowiadała osobiście Myszka Miki.
Redaktorem
pisma była A. Bończa-Waśniewska. "Gazetka" jest naprawdę bardzo
rzadka. Na wspomnianej przeze mnie wystawie w Bibliotece Narodowej w
1999 r.
nie zaprezentowano ani jednego numeru. "Gazetkę" reprezentował tam
jedynie barwny plakat zapowiadający to wydawnictwo.
Na zakończenie omawiania tej części zbioru: drobiazgi. Jak wiadomo Myszka Miki narodziła się w 1928 r. osiągając od razu wielką popularność. W 1930 r. (tę datę podaje J. Szyłak w "Komiksie", Kraków 2000, s. 47) zeszła z ekranu na łamy gazet, gdzie w kolejnych odcinkach komiksowych przedstawiano jej przygody. Nie udało mi się ustalić, kiedy nasi czytelnicy mieli okazję po raz pierwszy zobaczyć historyjki obrazkowe o sympatycznej myszy. W swoich zbiorach mam cztery odcinki komiksu wyciętego z krakowskiego "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" z 1931 r. (5 XI, 19 XI, 26 XI i 3 XII). Rysunki sygnowane są monogramem H.S. i nie należy przypuszczać, że pod tym kryptonimem kryje się Walt Disney. Postać Miki (należałoby raczej napisać Micky'ego, gdyż amerykański pierwowzór to on, nie ona) przeszła w ciągu swego życia znaczną metamorfozę, ale tu wygląda nieco egzotycznie.

Nigdy nie natknąłem się na tekst analizujący problem wykorzystania komiksu do celów reklamowych. Ostatnio rodzime agencje reklamowe coraz chętniej sięgają po tę formę przekazu, by propagować przeróżne produkty i usługi (AQQ skrzętnie odnotowuje te działania). Jak się okazuje, nie jest to nic nowego. Kupiłem kiedyś dwie komiksowe reklamy pasty do zębów "Colgate" wycięte z niezidentyfikowanego polskiego magazynu ilustrowanego. Jedna z nich pochodzi z 1938 r., druga ukazała się rok później. Producent środka na pryszcze o wdzięcznej nazwie "Propidex", Ludwik Spiess, wydał mniej więcej w tych samych latach pocztówkę reklamową zachwalającą jego produkt.
Zastanawiałem się, czy w ogóle wspominać o rysunkach Świdwińskiego. Przekonała mnie do tego często wykorzystywana przez współczesnych rysowników podobna konwencja rysowania, co dokumentują czasopisma i ziny komiksowe. Uważam, że cykl "Z teki humorysty" powinien się znaleźć we wciąż nie napisanej "Historii polskiego komiksu".
Historia komiksu 1945 - 1988
Lata powojenne... Okazuje się, że czasem znacznie
trudniej pozyskać komiksy z lat czterdziestych czy pięćdziesiątych, niż
te sprzed 1939 r. Najstarszym "eksponatem" z tych lat w mojej kolekcji
jest... "Dick Tracy". Fragment (42 kadry), stanowiący zakończenie
dłuższej historii, opublikował "Przekrój" w numerze 76 z 22. IX. 1946 r.
Komiks, rysowany przez Chestera Goulda od 1931 r., cieszył się ogromną
popularnością w Ameryce i krakowski tygodnik postanowił zaznajomić
polskiego czytelnika z ulubieńcem zaoceanicznej publiczności. By szok
nie był zbyt duży, dołączono stosowny tytuł i wstęp, który muszę tu
zacytować w całości: "Czym karmi się Ameryka: Super comics! Podajemy
jedno z typowych nigdy nie kończących się, a ulubionych w Ameryce
opowiadań obrazkowych. Za rozpaczliwy poziom tych historyjek odpowiada
USA a nie redakcja 'Przekroju'". (Idąc tym tropem zastanawiam się, czy
rząd RP poczuwa się do odpowiedzialności za komiksy Śledzia, Prosiaka,
czy Bartka Kurzoka? Bez obrazy, zestawiam tu ich prace z rysunkami
samego Goulda). Nie wiem, spod czyjego pióra wyszedł ten tekst. Mam
nadzieję, że nie od tłumacza. Komiks został bowiem spolszczony przez
pewnego poetę, którego lubię i podziwiam, a który ukrył się tu pod
pseudonimem Karakuliambro. Tak, tak, to ten sam co napisał "Skumbrie w
tomacie" i "Strasną zabę" - sam mistrz Konstanty Ildefons Gałczyński.
Historyjka zaprezentowana w "Przekroju" nie należy zapewne do
najlepszych. Jesteśmy oto świadkami, jak przebiegły detektyw
zlokalizował zawiniętego w dywan imperialistycznego bandytę, wykurzył go
z niego przy pomocy roju pszczół i aresztował. Bandyta nosił pseudonim
Twarzyczka i charakteryzował się tym, że miał amputowane uszy. Ciekaw
jestem, czy to pierwszy występ Dicka Tracy na polskiej ziemi?
Pamiętacie Pata i Patachona? Przywędrowali do nas z
Danii i zadomowili się na dobre za sprawą Wacława Drozdowskiego, długo
przed wybuchem wojny. Po jej zakończeniu ulegli całkowitej naturalizacji
i jako "Wicek i Wacek" w 1948 r. stali się bohaterami komiksu tegoż
rysownika, pod takim właśnie tytułem. Na karcie tytułowej widniało
dodatkowo: "Ucieszne przygody dwóch wisusów w czasie okupacji, na ich
cześć wierszem opisane". Książeczka ukazała się w Łodzi nakładem
redakcji "Expressu Ilustrowanego". Autorem wierszowanego tekstu był W.
Ochocki. Komiks zawiera 28 jednostronnych
kart, pierwsza - to karta tytułowa, następnie mamy krótki wstęp, na
pozostałych umieszczono po osiem drukowanych jednobarwnie (w sepii)
kadrów ze stosownymi podpisami. Przeglądając ten komiks, zawsze zwracam
uwagę na strony, gdzie akcja przenosi się za druty obozu
koncentracyjnego. O dziwo, autorzy nadal uciesznie opowiadali o
zabawnych przygodach swoich bohaterów. Czytelnik nie znajdzie tu owego
martyrologicznego tonu, który niezmiennie kojarzy się nam z hasłem "obóz
koncentracyjny". Przypuszczam, że wtedy, zaledwie trzy lata po wojnie,
tematyka obozowa była na tyle bliska niemal wszystkim Polakom, że tak
lekkie potraktowanie tematu nie budziło sprzeciwu. Cóż, to jeszcze nie
była historia, to było życie... W latach późniejszych taka perspektywa
byłaby nie do przyjęcia. I słusznie. Egzemplarz, który posiadam, nie
należy do najpiękniejszych. Krawędzie okładki mają naddarcia, które ktoś
kiedyś próbował ratować taśmą. Taśma już dawno odpadła, pozostawiając
nieusuwalne zażółcenia papieru. Pierwsze dwie plansze pokolorowano
nieudolnie kredkami. Pocieszam się jedynie tym, że nigdy nie
miałemsposobności wymienić "Wicka i Wacka" na lepszy egzemplarz.
Pamiętam, że kilka lat temu Biblioteka Narodowa kupiła na aukcji
znacznie gorszy egzemplarz, gdyż nie posiadała żadnego. Potem, już po
fachowej konserwacji, widziałem go na wystawie w 1999 r. Komiks
niewątpliwie jest rzadki. Znacznie łatwiej można kupić jego pokolorowany
reprint, wydany przez łódzką KAW w 1989 r.
Od roku 1948 r. na ostatniej stronie "Przekroju"
pojawiały się krótkie, nieme komiksy Zbigniewa Lengrena pt. "Profesor
Filutek". Nie bardzo przypadła mi do gustu postać
zacnego naukowca. Przypominał mi raczej uśmiechniętego kaczora, niż
brodatego profesora. Krótka historyjka składała się zawsze z trzech
czarno-białych kadrów, czasem wprowadzano niewielki akcent w innym
kolorze. Zwracam tu uwagę na ten komis, jako że jest on najdłużej
ukazującym się polskim komiksem prasowym. Miałem kiedyś dwie książeczki z
historyjkami Z. Lengrena, ale gdzieś je zaprzepaściłem i teraz mam
kłopoty z ich zdobyciem. Posiadam natomiast oprawiony komplet
"Przekrojów" z pierwszego półrocza 1948 r. W numerze z 1 lutego Filutek
pojawił się po raz pierwszy i od tej pory na dobre zadomowił się na
przekrojowych stronach.
A teraz prawdziwa perełka: "Przygody mistrza wielu
fachów Grzegorza Idziego Wazonika" z podtytułem "Film rysunkowy". Komiks
ten ukazał się w 1950 r. w Warszawie, nakładem połączonych sił "Rolnika
Polskiego" i "Łącznika Pocztowego". Autorami wierszowanych tekstów byli
Józef Kolka i Marcin Nowak, ilustracje wykonał Jerzy Karcz. Z krótkiego
wstępu można się dowiedzieć, że paski komiksowe z przygodami Wazonika
ukazywały się początkowo w "Życiu Warszawy", a od 1948 r. w "Rolniku
Polskim". Książeczka, wydana w podłużnym formacie, zawiera kartę
tytułową, jednostronicowy wstęp i 50 jednostronnych plansz. Każda z nich
składa się z ośmiu kadrów podpisanych czterowierszem. Zarówno strona
rysunkowa, jak i literacka, nie posiadają większych walorów
artystycznych. Nie mogę się powstrzymać i zacytuję kawałek: (Wazonik
zwraca się do stracha na wróble) "- Jaśniestrachu - strasz gawrony - po
toś tutaj postawiony. Jaśniestrachu - chłopom nie gróź, boś spróchniały
kół, a nie gwóźdź". Akcja komiksu rozpoczyna się w Polsce
międzywojennej, a kończy w roku 1949. Wyraźnie widać tu obowiązujący w
tamtych czasach schemat: koszmarnym czasom Polski sanacyjnej
przeciwstawiono nową, socjalistyczną rzeczywistość. Egzemplarz oprawiono
niedawno w półpłótno, oryginalną okładkę broszurową naklejono na
oprawę. Niewielkie naddarcia czterech ostatnich kart starannie
podklejono, jedna z początkowych kart ma uzupełniony papierem ubytek:
jeden kadr jest nieczytelny. Wszechwiedzący bibliograf polskiego komiksu
Marek Misiora, przed którym chylę czoło i jednocześnie padam plackiem,
nie odnotowuje tego tytułu w swoich zestawieniach.
Obiektem pożądania wielu kolekcjonerów są
"Niezwykłe przygody Michasia Pogody". Drukowane w
formie cienkich zeszycików, zostały niemal całkowicie zaczytane. Moich
osiem niewielkich książeczek tworzy pierwszą serię "Przygód". Ukazała
się ona w Krakowie w latach 1956 -1958. Barwne rysunki do tekstów B.
Brzezińskiego wykonał J. Karolak. Fabuła jest bardzo bogata: Michaś
Pogoda, terminator u szewca w Niebyłowie, staje się posiadaczem
czapki-niewidki; są dalekie podróże, niewiarygodne przygody, gangsterzy i
policjanci. A wszystko to spisane wierszem i ozdobione blisko 400
ilustracjami. W latach 1958 - 1960 ukazała się seria druga w 10
zeszytach nieco większego formatu, na które wciąż poluję.


Waldemar Świerzy należy do moich ulubionych
artystów zajmujących się plakatem. Miałem kiedyś całkiem spory zbiór
jego prac. Niedawno nieoczekiwanie zaoferowano mi rzadki plakat tego
twórcy i skwapliwie z oferty tej skorzystałem. Plakat wykonano bowiem w
konwencji komiksowej. Pochodzi z 1967 r. i reklamuje polską komedię
filmową "Cała naprzód" (reż. S. Lenartowicz,
wystąpili m.in. Z. Cybulski, Z. Maklakiewicz). W górnej części widnieje
tytuł filmu, poniżej umieszczono siedem barwnych kadrów. Plakat jest w
znakomitym stanie i z dumą prezentuję go w tym miejscu. Cenię go sobie
tym bardziej, że powstał w trudnym dla komiksu polskiego okresie. To
jeden z nielicznych eksponatów z tamtych lat w moich zbiorach.W roku 1969 byłem już przyzwyczajony do uważnego
przepatrywania witryn kiosków "Ruchu" w poszukiwaniu komiksów (mam tu na
myśli ukazującego się nieregularnie od dwóch lat "Kapitana Żbika"). Ku
mojemu zdziwieniu - zamiast zeszytu z kolejnymi przygodami dzielnego
milicjanta, wśród prasy codziennej i ilustrowanych tygodników
wypatrzyłem pierwszy numer serii "Podziemny front". Do roku 1972 wyszło
ich dziewięć, stanowiąc komplet tego cyklu. Ukazywały się nakładem
"Sportu i Turystyki". Pierwowzorem komiksów był zrealizowany w 1965 r.
serial telewizyjny pod tym samym tytułem (siedem odcinków) oraz jego
kontynuacja pt. "Powrót doktora von Kniprode" (dwa odcinki). Pierwsze
sześć zeszytów rysował M. Wiśniewski, końcowe trzy J. Wróblewski.
Opowiadały one o przeżyciach członków batalionu Armii Ludowej im.
Czwartaków. Tłem były autentyczne akcje bojowe i działania dywersyjne,
przeprowadzone w okupowanej Warszawie. Wewnętrzną część przedniej
okładki zajmował krótki tekst wprowadzający, na trzeciej stronie okładki
kontynuowano przez sześć zeszytów dział "Z kroniki Czwartaków", w
końcowych trzech numerach zastąpiła ją "Informacja historyczna",
ostatnia strona prezentowała okładkę następnego zeszytu i powtarzający
się rysunek, przedstawiający żołnierzy polskich pod Bramą Brandenburską w
zburzonym Berlinie. "Podziemny front" nie wzbudzał w nas takich emocji,
jak "Żbik". Może podświadomie wyczuwaliśmy duży ładunek propagandowy
zawarty w scenariuszu? Bo nie ulega wątpliwości, że twórcom cyklu
chodziło o prawomyślne (co wcale nie znaczy, że prawdziwe) pokazanie
obrazu walk z niemieckim najeźdźcą podczas II wojny. Podobną deformację
rzeczywistości znaleźć można również w dwóch innych cyklach komiksowych,
poświęconych okresowi 1939 - 1945: "Kapitan Kloss" i "Czterej
pancerni". Mimo wszystko kupowaliśmy "Podziemny front". Zawsze przecież
mógł posłużyć jako towar na wymianę - choćby za ciekawszy zeszyt
"Żbika". Mój egzemplarz "Podziemnego frontu" przetrwał ponad trzydzieści
lat w stanie idealnym. A to dlatego, że jego pierwszy właściciel - po
zakończeniu cyklu, oprawił całość u introligatora.
Okazuje się, że w sprawy polskiego komiksu można
wciągnąć samego Jamesa Joyce'a, a nawet jego nieco starszego kolegę po
piórze Wiliama Shakespeara. Wszystko to za sprawą M.Słomczyńskiego,
który przełożył na język polski dzieła obu tych panów i zapisał się na
kartach dziejów naszej kultury jako ten, który dał nam pierwsze polskie
tłumaczenie "Ulissesa". Poświęcając się pracy translatorskiej, tłumacz
czerpał dochody z wielokrotnie wznawianych kryminałów, które był napisał
pod pseudonimem Joe Alex. I w ten oto sposób dotarliśmy do komiksów.
Krakowskie Wydawnictwo Literackie wyposażyło bowiem kolejne wydania
książek Alexa w komiksowe okładki. Ich twórcą był Bronisław Kurdziel. W
swojej kolekcji posiadam kilka tytułów z lat 1970-tych: "Cichym ścigałam
golotem...", "Śmierć mówi w moim imieniu", "Piekło jest we mnie",
"Jesteś tylko diabłem", "Powiem wam jak zginął" i "Gdzie przykazań brak
dziesięciu". Aby skończyć temat komiksów na
okładkach, dodam, że również Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne
skorzystały z tego pomysłu, by przyciągnąć uwagę młodego czytelnika. W
roku 1980 wypuściły w świat lekturkę dla uczących się języka
angielskiego, zawierającą dwa opowiadania P.Prowse'a pt. "Greek
Adventure" i "Accident". Okładkę zdobią typowo komiksowe kadry, a i
wewnątrz znajdziemy kilka utrzymanych w tej konwencji, ilustracji.
Autorem opracowania plastycznego książeczki był Piotr Młodożeniec.



Wydawnictwo "Sport i Turystyka", niezwykle
zasłużone dla polskiego komiksu, akurat w tej dziedzinie nie wykazywało
ograniczenia tematycznego. Trudno bowiem nazwać turystyką liczne podróże
Klossa, czy Żbika, a nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie porównywał
osiągnięć bojowców Armii Ludowej opisanych w "Podziemnym froncie" do
wyczynów sportowych. Wśród komiksów "Sportu i Turystyki" można jednak
znaleźć kilka, których tematyka była w doskonałej zgodzie z profilem
wydawnictwa. Pierwszą z takich publikacji był zeszyt zatytułowany "Od
Walii do Brazylii", narysowany przez G.
Rosińskiego. Komiks ukazał się w 1975 roku, w normalnym dla tamtych
czasów gigantycznym nakładzie 200.000 egz., a jego treścią był udział
polskiej reprezentacji w X Piłkarskich Mistrzostwach Świata w 1974. Na
wewnętrznych stronach okładki znalazł się tekst omawiający nasz udział w
mistrzostwach (nie zapomniano dodać, że piłkarze zostali przyjęci przez
I sekretarza KC PZPR E. Gierka i otrzymali wysokie odznaczenia od Rady
Państwa) oraz wykaz meczów rozegranych podczas eliminacji i finałów z
podaniem składów drużyn. Na zewnętrznej stronie tylnej okładki
zamieszczono barwne zdjęcie kadry narodowej. Choć wszyscy mieliśmy w
pamięci dramatyczne mecze na Wembley i w Monachium, i były one w dalszym
ciągu tematem naszych codziennych rozmów, to komiks trochę nas
rozczarował. Krótkie i z konieczności kronikarskie przedstawienie
poszczególnych spotkań, doskonale znane zakończenie i nie najlepsze
rysunki sprawiły, że "Od Walii do Brazylii" bardziej cenili sobie
kolekcjonerzy piłkarskich pamiątek, niż zbieracze komiksów. A jednak ten
zeszyt zapisał się w historii i to za sprawą nie byle kogo.
Prześmiewcza i niepochlebna recenzja komiksu wyszła spod pióra samego
Stanisława Barańczaka, a jej tytuł brzmiał "Nie będzie Neeskens pluł nam
w twarz".
W roku 1975 ukazał się komiks M. Piotrowskiego
"Szare Uszko". Zarówno treść, jak i jego forma kwalifikują go
jednoznacznie jako komiks dziecięcy. Rysunki przypominają prace
kilkuletniego dziecka. Fabuła również: z niejasnych przyczyn (coś spadło
z nieba, robiąc przy tym zzzzzz i bum) mały Zajączek zmuszony był
opuścić rodzinne strony i uciekać. Trafił do miasta, gdzie wytropił go
myśliwy, który wespół z kolegami z Towarzystwa Myśliwskiego ruszył za
Zajączkiem w pościg. Bohater komiksu przypadkowo trafił do szkoły, w
której zwierzęta "uczą się latać w przestrzeniach kosmicznych". Jako
wykwalifikowany kosmonauta odbył lot wokół księżyca. Zimą, gdy zajączek
miał urlop, zrewanżował się prześladującym go niegdyś myśliwym: podczas
polowania przeleciał parę razy swoją rakietą kosmiczną nad ich głowami,
co tak ich wystraszyło, że zaczęli udawać zające. Na koniec wylądował w
rodzinnej wiosce i podarował swoim krewniakom i przyjaciołom główkę
kapusty. Ta potoczyła się po stoku, a 
ające popędziły za nią. Koniec. Zupełnie bez sensu! Nie wiem ile lat miał wówczas M. Piotrowski, autor tej książeczki. Na kilku kadrach występuje "Rysownik", który przedstawiony jest jako dorosły mężczyzna. Jeżeli rzeczywiście osiągnął wtedy wiek dojrzały, to zachował niczym nie skażoną dziecięcą wyobraźnię: wątki nie muszą się zamykać, losy bohaterów mogą pozostać nieznane, logika i konsekwencja zdają się być nieobecne. Te interesujące przymioty umysłu autora stanowią interesujący materiał dla lekarzy, jednak dla twórcykomiksów są raczej dyskwalifikującym balastem. "Szare Uszko", o dziwo, doczekało się wznowienia w 1978 r. (mam w swoich zbiorach właśnie to drugie wydanie, nieco sfatygowane, niestety). Na okładce niedobry Myśliwy pyta siedzącego w fotelu Zajączka "Czy to jest opowieść obrazkowa?", czyli mówiąc po ludzku "Czy to jest komiks?" Z przykrością muszę odpowiedzieć na to pytanie twierdząco.
Nieczęsto się zdarza, by komiks przeznaczony dla dzieci cieszył się estymą wśród kolekcjonerów. A jednak w przypadku ośmiu zeszytów serii "Kwapiszon" jest inaczej. Znam wielu zbieraczy, którzy wciąż szukają brakujących odcinków, inni z kolei dumnie chwalą się, że uzbierali komplet. W istocie komiks, mimo że przeznaczony dla bardzo młodego czytelnika, zasługuje na uwagę choćby ze względów formalnych. Jego autorem jest Bohdan Butenko, twórca takich postaci, jak Gapiszon, Gucio i Cezar. Seria o przygodach Kwapiszona składa się z ośmiu podłużnych zeszytów, wydanych w latach 1975 - 1982 przez "Naszą Księgarnię". W poszczególnych kadrach wykorzystano jako tło fotografie, postaci bohaterów zostały odręcznie wrysowane i wyposażone w dymki ze stosownym tekstem. W pierwszym odcinku opowieści tytułowy bohater znalazł na wiślanym brzegu tajemniczą szkatułkę, do której rościło sobie pretensje dwóch oprychów. Pozostałe części komiksu poświęcono pogoni rzeczonych oprychów za Kwapiszonem po całej Polsce. Razem z nimi odwiedzamy Trójmiasto, Frombork, Kraków, Wieliczkę, by w końcu zakończyć wędrówkę w Warszawie. Odnotujmy na koniec drobny szczegół: Kwapiszon w swoim pokoju powiesił na ścianie kalendarz z Guciem i Cezarem oraz starannie oprawiony portret Butenkowego Gapiszona. Przygody Kwapiszona wydano w olbrzymim nakładzie 375.000 egzemplarzy. Los obszedł się widać okrutnie z większością zeszytów, gdyż wcale nie tak łatwo zebrać cały zestaw.

warszawską KAW w nakładzie 100.000 egz., zawierały artykuły
popularnonaukowe, opowiadania fantastyczne, ciekawostki. Tematyka tych
tekstów obracała się wokół niewyjaśnionych zagadek dawnych cywilizacji,
UFO, najnowszych odkryć naukowych. Były również komiksy. Pierwszą część
otwierała historia "Zaginiony świat" węgierskiego tandemu Horvath-Sebök
wg powieści A.C.Doyle'a. W tym samym zeszycie znaleźliśmy pierwszy
odcinek opowieści "W służbie galaktycznej", z rysunkami znanego
ilustratora J. Stannego. Jego prace towarzyszyły również drugiemu
odcinkowi tego cyklu, natomiast dwa następne epizody narysował G.
Rosiński. Ostatni, piąty odcinek był autorstwa J. Majewskiego. Fabuła i
jej plastyczna realizacja nie były porywające; wspominam tu o tym cyklu
jedynie ze względu na osobę autora Thorgala. Dla "Alfy" rysowali
również: Z. Panasiuk (dwuodcinkowy "Andrus i Robik", "Założyciel
cywilizacji"), W. Andrzejewski ("Wehikuł czasu" i "Wojna światów" wg G.
H. Wellsa), A. Barecki ("Droz"), J. Majewski ("Dziwne zdarzenia" wg K.
Bułyczowa), B. Łukaszewski ("Głowa"), M. Dzwonkowski ("Cyrk w
kosmosie"), M. Demczuk ("Blamaż Mr. Spacerangera") i H. Laskowski ("Góra
Gwiazdy" i "Najważniejszy powrót"). Żaden z tych komiksów nie przeszedł
do historii. Warto odnotować, że wydawcom udało się pozyskać współpracę
znakomitego grafika i projektanta, W. Świerzego, który ozdobił okładkę
nr 3.Jerzy Skarżyński, profesor krakowskiej ASP, niejednokrotnie sprawiał niespodzianki miłośnikom komiksu. Do takich niewątpliwie należały ilustracje do książki Julio Cortazara pt
.
"Fantomas przeciw wielonarodowym wampirom". Ukazała się w Krakowie w
1979 r. nakładem Wydawnictwa Literackiego, tekst przełożyła Z.
Chądzyńska. Wewnątrz znajduje się 17 całostronicowych barwnych plansz
komiksowych, ilustrujących fabułę opowiadania. Okładka pozwalała
przypuszczać, że mamy tu do czynienia nie tylko z tekstem literackim.
Widnieje na niej bowiem postać głównego bohatera w ekspresyjnej pozie i
charakterystyczny dla komiksu dymek, z wpisaną weń drugą częścią tytułu.
Niewiele pisało się u nas o tej publikacji. Być może znaczna przewaga
tekstu nad ilustracjami nie pozwalała uznać ją za klasyczny komiks.
Bardzo cenię sobie "Fantomasa" i to właśnie ze względu na rysunki
Skarżyńskiego. Starannie zakomponowane kadry, precyzyjna kreska,
znakomite wyczucie konwencji, pozwalają zaliczyć tę publikację do
najwybitniejszych w dziejach polskiego komiksu. Stawiam ją na równi z
"Janosikiem" tego samego rysownika.W roku 1980 stolica naszego wielkiego sąsiada, Moskwa, gościła
uczestników XXII Olimpiady. Z tej okazji wydawnictwo
"Sport i Turystyka" wydało komiks, sławiący osiągnięcia naszych
olimpijczyków. Zeszyt zatytułowany "Polacy na olimpijskich arenach"
zawierał spis igrzysk nowożytnych, osiem stron poświęcono omówieniu
udziału Polaków oraz dodano pełny wykaz naszych medalistów. Tylną
okładkę zarezerwowano dla programu igrzysk moskiewskich. Pozostałą część
wypełniały rysunki Jerzego Wróblewskiego. Pierwsze kadry ukazywały
pojedyncze epizody z najwcześniejszych igrzysk nowożytnych, a bohaterem
pierwszej historii był K. Römmel, medalista z Amsterdamu (1928). MARVEL - czyli amerykański komiks
Pierwsze udoskonalone formy komiksów powstały
w Stanach, gdzie ukształtowała się ich
forma: krótka, zwarta budowa,
posiadająca obrazki w formie paska wraz z tekstami pod rysunkami lub
w dymkach. W krótkim czasie opanowały społeczeństwo ciesząc się ich dużą
popularnością. Dlatego postanowiono stworzyć coś w rodzaju gazety
składającej się tylko i wyłącznie z takich historyjek. Tak narodziły się
komiksowe zeszyty, czyli Comic book. Jednym z największych wydawnictw
komiksowych był, nieistniejący już, Marvel. Wydał on serie komiksów
o bohaterach takich jak: Kapitan Ameryka, Iron Man, Spider-man, Hulk,
Punisher, Daredevil, Fantastyczna czwórka, Blade oraz Grupa wojowników
X-man. Wydawnictwo to zyskało sobie dużą popularność właśnie dzięki
wyżej wymienionym komiksom i wątpię, czy znalazło by się dziecko nie
kojarzące tych tytułów. W ostatni dzień wakacji 2009 roku Marvel został
wykupiony przez Disney za ogromną wręcz sumę 4,5 mld dolarów.
Grupa X
X-man jest to komiks o ludziach
rodzącymi się z nadprzyrodzonymi zdolnościami (władanie pogodą,
teleportacja, strzelanie laserami z oczu, latanie, szybkie bieganie
i wiele innych), fikcyjni bohaterowie ratujący świat z wielu opresji.
Niektórzy nie potrafią odnaleźć się w świecie, który nie jest dla nich
przyjazny. Ludzie gardzą nimi tylko dlatego, że są inni od nich.
Pozostawieni sami sobie, prześladowani i wyniszczani ukrywają się
w kanałach oraz innych slumsach. Rodzi się wtedy grupa X, którą powołał
do życia Charles Francis Xavier znany jako profesor X. Jest to jedna
z lepszych i kluczowych postaci. Chce on chronić ludzi przed złem oraz
innymi mutantami za pomocą owej grupy. Jeden ze wspaniałych komiksów
stworzonych w 1963 roku. Jego popularność była tak ogromna, że doczekała
się swojej ekranizacji w 4. częściach i być może doczekamy się niedługo
piątej. Pierwsze trzy dotyczyły walki grupy X z Magneto – człowiekiem
usiłującym zniszczyć świat. Zagrali w niej znani aktorzy tacy jak Hugh
Jackman (znany z filmów Van Helsing i Kod dostępu), Ian Mckellen (tego
aktora na pewno większość z was dobrze kojarzy, znamy go choćby jako
Szarego pielgrzyma z L.o.t.r.), Patrick Stewart (kojarzony z dowódcą
okrętu Star Trek) oraz Halle Berry. Kolejna część była poświęcona
historii Wolverine’a – jednego z członków grupy X. Wciąż nie jest
wiadomo, czy powstanie japoński sequel dotyczący pobytu Logan (znanego
jako Wolverine) na Dalekim Wschodzie w Kraju kwKtnącej Wiśni. Sam aktor
przyznał, że jest pisany scenariusz, ale jeszcze nie wiadomo kiedy
zostanie on nakręcony. Na stronie Filmweb możemy się dowiedzieć że
szykuje się jeszcze jeden nowy film opowiadający historie grupy
mutantów. Jest to mianowicie X-man First Class opowiadający wczesne
historie naszych przyjaciół. Niesamowite jak z jednej historii mogły
powstać filmy dające satysfakcję oglądania widzowi oraz przynoszące
ogromne zyski. Według mnie cała historia zasługuje na wysoka ocenę 9/10.
Spider-man
Peter
Benjamin parker to kolejna postać stworzona przez wydawnictwo Marvel. Na
pewno jest wam bardzo dobrze znany bo od razu kojarzymy go
z człowiekiem pająkiem. Powstał on rok wcześniej niż grupa X, mianowicie
w roku 1962. Jest to historia młodego człowieka samotnie opiekującego
się ciotką. Jak na początek – jest to dosyć nieciekawy opis jego
historii. Jednak potem wszystko się zmienia jak za sprawą
czarodziejskiej różdżki – dostaje nadludzkie moce dzięki ukąszeniu przez
pająka (szkoda że
w rzeczywistości to nie działa . Niestety, nie ma życia usłanego różami,
ponieważ nie ma tak wielkiej fortuny jak Bruce Wayne znany jako Batman
czy też samotni na biegunie jak Superman. Walka z przestępczością na
ulicach Nowego Jorku nie jest dla niego odpowiedzią na wezwanie czy
dumnym przywilejem, ale codziennym obowiązkiem którego się podjął. Po
walkach najczęściej leczy rany i opatruje sobie połamane żebra. Jak dla
mnie to chętnie bym mógł tak żyć, byleby nie mieć nudnego życia. Komiks
oraz cała historia bardzo udana; ukazało się ponad 1000 komiksów,
w których nasz człowiek-pająk dokonywał czynów bohaterskich walcząc
ze swoimi wrogami. Pomysł był wykorzystywany i stworzono krótkie
animacje a dopiero potem bajkowe seriale o jego przygodach. Komiks
doczekał się ekranizacji w 2002 roku, jednak mogła ona nie przypaść do
gustu niektórym widzom z tego względu, że aktor grający główną postać –
Tobey Maguire – nie oszukujmy się – nie nadawał się do tej roli.
Ekranizacja bardzo kasowa, stworzono aż 3 części w której nasz pajączek
walczy z Zielonym Goblinem oraz Doktorem Oktopusem, Venomem i Sandmanem.
Jak dla mnie – 7,5/10.
Incredible Hulk
Tą postać określiłbym mianem tzw: zielonej
rewolucji. Jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w świecie
Marvela. Jest to historia Doktora Bruce’a Bannera – młodego fizyka.
Podczas jednego z eksperymentów zostaje napromieniowany promieniami
gamma, co owocuje przemianą w Niesamowitego Hulka. Ugryzienie pająka
mogłoby być bardziej przyjemne niż to. Z jednej strony superbohater,
z drugiej uznawany za człowieka-potwora-demolkę. Musi cały czas uciekać
przed ścigającym go wojskiem, po drodze robiąc porządki w budownictwie .
Znów – pomimo bardzo dobrego pierwowzoru komiksowego, ekranizacja nie
była najwyższych lotów. Powstały jeszcze bajkowe seriale w której
historia Hulka była dość ciekawa. W 2003 powstała wspaniała wersja
zielonego kulturysty. Niesamowity Hulk zdobył dużą popularność, jednak
mi osobiście nie przypadł do gustu. Jak dla mnie za dużo było tam
zielonego . Oglądałem jego bajki w dzieciństwie więc
– nostalgicznie – dam mu 8/10.
Punisher
Tego gościa na pewno większość dobrze kojarzy. Agent F.B.I Frank
Castle traci żonę i dwójkę dzieci w zamachu przygotowanym przez mafię.
Po tym zdarzeniu postanawia się zemścić i rozpoczyna własne śledztwo już
nie jako agent Federalnego Biura Śledczego, lecz jako krwawy mściciel
znany jako Punisher. Jego znakiem rozpoznawczym jest duża białą czaszka
znajdująca się na jego podkoszulku z przodu. Przy pomocy specjalnej
broni szuka zemsty oraz walczy z przestępcami. Ekranizacja przygód tego
fikcyjnego bohatera zrealizowana była już w latach 90., jednak bez
większego sukcesu komercyjnego. Poważniejsza ekranizacja miała miejsce
w 2004 roku. Ogólnie film był dobry i dało się go obejrzeć, jednak bez
żadnych rewelacji . Oceniam go na 7/10.
Batman
Wprawdzie ten bohater nie został stworzony przez Marvel jednak
chciałbym go dorzucić do swojej puli super bohaterów. Nie byłoby osoby
która nie wiedziała by nic na temat tego gościa. Słynny człowiek
nietoperz stworzony przez wydawnictwo DC. Historia młodego chłopca
którego rodzice zostają zamordowani przez przypadkowego rabusia,
osierocony, wychowywany przez wiernego lokaja Alfreda, spadkobiercy
ogromnej fortuny rodziny Waynów. Ekranizacja tego komiksu była
nadzwyczaj w porządku i przypadła bardzo wielu ludziom do gustu. Ciężko
jej coś zarzucić – wspaniała fabuła, niesamowici bohaterowie negatywni.
Po ostatnim filmie stworzonym na podstawie tego komiksu, mianowicie
Batman & Robin wielu fanów myślało że to już koniec, jednak wtedy
stworzono zupełnie nową trylogię już nie ukazaną postaci komiks, ale
jako film którego akcja rozgrywa się w całym mieście na większym planie.
Powstał „Batman początek”, którego kontynuację mogliśmy obejrzeć
w Mrocznym Rycerzu, najlepszej wersji historii Batmana. Jego ocena jest
na pewno powyżej 10 stopniowej skali , ale tu na pewno większość się ze mną
zgodzi że tak jest okej.
Podsumowanie
Jakie tak naprawdę mają zadanie komiksy? Czy tylko mają zbijać ogromne pieniądze i dawać możliwość ćwiczenia talentu rysownikom? Według mnie ich zadanie polega na dawaniu schronienia przed dzisiejszą rzeczywistością. Pozwalają na stworzenie własnego świata, w którym każdy człowiek będzie się czuł bezpieczny, będzie swoim king of his castle, gdzie będzie mógł dokonywać rzeczy niezwykłych i dokonywać własnych wyborów. To niesamowite jak potrafią dawać wspaniałe możliwości nie tylko dzieciakom na przeżycie czegoś niezwykłego ale też każdego człowiekowi który choć raz przeczytał komiks lub obejrzał film stworzony na bazie jednej z wielu niesamowitych historii…
Moje ulubione komiksy

